Bajka podróżnicza o Szamanie Muzu

W szkole zawsze odstawał od rówieśników – wzrostem i siłą. Nadrabiał za to sprytem i pomysłowością. Paweł Muzu – 12 letni chłopiec, który nie znał znaczenia słowa „niemożliwe”. Nie wiadomo skąd, miał w sobie tyle odwagi. Pochodził z niezamożnego domu – mama sprzedawczyni w sklepie spożywczym, tata mechanik.

W poniedziałek rano pierwsza była przyroda z najgorszą nauczycielką w szkole o pseudonimie Mamba. Pseudonim Mamba nie wziął się od słodkiej rozpuszczalnej gumy Mamby, którą każdy zna. Ta kobieta przypominała węża o nazwie Czarna Mamba występującego w lasach tropikalnych. Kiedy wzięła kogoś na cel to wzrok przenikał przez ciało ucznia niczym trucizna przez serce ukąszonego.

Paweł miał wadę wzroku i z najlepszym kumplem o imieniu Rafał zajmowali zawsze ostatnią ławkę. Nawet jeśli Mamba wpatrywała się w jego stronę to i tak nie widział jej jadowitych oczu. Zapobiegawczo jednak zawsze uśmiechał się na lekcjach przyrody. Robił to częściej, niż zawsze wiedząc, że nawet najbardziej jadowite bestie, uśmiechu się lękają.

Nietypowa lekcja przyrody

Ta przyroda była nietypowa. Po raz pierwszy Mamba wspomniała o konkursie plastycznym, pt. „Kenijski deszcz” wszyscy wzruszyli ramionami bez głębszego zainteresowania. Kiedy Mamba dodała burkliwym głosem: Najlepsza praca zostanie nagrodzona… Wyjazdem do Kenii dla całej rodziny z prestiżowym biurem podróży, które organizuje wyjazdy w głąb Afryki”. Kiedy Paweł usłyszał o nagrodzie w ułamku sekundy wyobraził sobie mamę, tatę i siebie stojących obok czarnoskórych ludzi. To było by coś. Rodzice i ja nigdy nie byliśmy za granicą… A Afryka! – rozmarzył się.

Muzu widząc cel był nie do zatrzymania. Wypożyczył 10 książek o Kenii z biblioteki szkolnej. Pani bibliotekarka była zdumiona. Paweł wypożyczał 1 książkę na cały rok szkolny, żeby nikt nie mógł się przyczepić, że nie czyta książek. Przeczytał wszystkie od deski do deski. Zaczął pracę na dziełem.

Pokój w domu był zamknięty. Nikt nie miał prawa do niego wejść. Praca miała być twórcza, zaskakująca i mieć to coś. Paweł poprosił tatę o wióry z drewna i smar z warsztatu. Prace trwały od poniedziałku, włącznie 6 dni. Rodzice byli nieco zaniepokojeni. Paweł nigdy nie spędzał tak dużo czasu w domu. Nawet chłopaki z podwórka zaczęli się niepokoić o Muzu.

W poniedziałek rano jako pierwszy złożył swoje dzieło.  Nauczycielka Mamba oniemiała ze zdziwienia. Wielka kartka o wymiarach metr na metr, a na niej ognisko z wiór, płomień z mamy pomadki, wokół tłumy wysokich, smukłych czarnych ludzi z plemienia Masajów wysmarowani czarnym smarem od taty, a pośród nich biały chłopiec przypominający Pawła – Muzu. Masajowie widocznie podskakiwali – wysoko, nawet na 1 metr. Z tyłu w tle było pochmurne niebo, a za plecami wyschnięte pole kukurydzy, z której robi się ugali – kaszkę kukurydzianą, która jest podstawą wyżywienia.

Po tygodniu od złożenia dzieła, przyszedł czas na ogłoszenie wyników z całego województwa. Nie tylko szkoła Pawła brała w nim udział. Mamba wyszła na środek klasy, naprężyła się z wyraźnym napięciem na twarzy. Dziś ogłoszę wyniki. Z naszej szkoły wpłynęło 160 prac. W całym województwie otrzymaliśmy około 5000. Pierwsze miejsce otrzymało dzieło, które upaplało całą komisję. Słynny francuski malarz zasiadający w komisji stwierdził, że autor ma umysł podobny do Picassa. Nagroda pierwsza wędruje do Pawła Muzu. Kumple nie wierzyli – Muzu wygrał. Paweł z dumą na twarzy uśmiechnął się szeroko i zaczął w swojej głowie układać plan wielkiej wyprawy na Czarny Ląd.

Podróż życia

Po miesiącu był spakowany i gotowy na podróż. Lot miał trwać 15 godzin. 2 godziny od stolicy Kenii – Nairobi samolot wpadł w turbulencje. Wszyscy w środku zaczęli panikować i krzyczeć. Samolot z każdą sekundą trząsł się coraz bardziej. W pewnym momencie pilot ogłosił komunikat: Musimy lądować awaryjnie. Musimy lądować awaryjnie. Serce Muzu stało w gardle. To nie była bójka na podwórku o idee to była walka o życie wygrana w konkursie plastycznym. Samolot po 30 minutowej walce pośród chmur spadł. Roztrzaskał się niczym tekturowa konstrukcja.

Po 2 dniach Muzu otworzył oczy i usłyszał – Jamboo Muzungu! Stał nad nim wysoki, szczupły, dziwnie ubrany Masaj. Podobny do tego, którego namalował na pracy konkursowej. Skąd jednak znał jego imię? Przed wyjazdem Paweł nauczył się podstaw suahli. Wiedział, że Jamboo, oznacza Cześć. Skąd jednak wiedzieli jak ma na nazwisko – Muzu – Muzungu? Okazało się później, że Muzungu, oznacza człowieka białego. Rodzice zginęli. Serce Muzu opanowała rozpacz i gorycz. Chciał pokazać im tylko  Afrykę. Z całego samolotu, który roztrzaskał się na kawałeczki, przeżył tylko Paweł – Muzu.

Muzu trafił do Masajskiej wioski liczącej 60 osób pośród buszu. Domy zrobione z odchodów krów, błota, patyków i drewna, czyli tak jak czytał w książkach. Krów mieli jakieś 200 sztuk, a kóz jeszcze więcej. Opiekę nad Muzu objął szaman o imieniu Siti. To był ciężki okres dla małego Muzu, jak i dla Masajów, których od dłuższego czasu nawiedzała susza.

Spadający samolot Masajowie uznali jako dar. Muzu stał się niczym innym jak – darem z nieba, który uratuje Masajską wioskę od suszy, głodu i śmierci. Dni mijały szybko. Fakt, że samolot rozbił się setki kilometrów od cywilizacji to Muzu był zmuszony żyć pośród plemienia. Uczył się sztuki szamanizmu od starego Siti, który bardzo go polubił. Pewnego dnia szaman zauważył na szyi Muzu wisiorek. Był to bursztyn wyrzucony przez Bałtyk z zatopioną wewnątrz mrówką. Situ przeląkł się bardzo i padł na kolana. Muzu miał w naszyjniku królową mrówek. Masajowie uważają, że zabijając przywódcę stada otrzymuje się jego siłę i moc.

Muzu stał się kimś bardzo ważnym. Podczas jednego z ognisk, kiedy to Masajowie śpiewali i podskakiwali przez 3 godziny by sprowadzić deszcz, Muzu siedział i wpatrywał się w płomień, pocierając swój naszyjnik. Siti i starszyzna nie spuszczali go z oczu. Muzu po miesiącu tęsknił za rodzicami i kumplami z podwórka. Pocierał naszyjnik, a na jego twarzy była wielka zaduma – tak jakby się modlił. Masajowie patrzyli. Po 4 godzinach spadł deszcz. Siti i starszyzna ów znak przypisali Muzu i jego amuletowi.

Deszcz, który spadł był zbawienny, gdyż puste koryta rzeczne były oznaką nadchodzącej śmierci dla roślin, zwierząt i całego plemienia Masajów.

Koniec.

komentarze: 2
Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

WPISY, KTÓRE MOGĄ CIĘ ZAINTERESOWAĆ