Oaxaca w Meksyku – miasto namiotów

kanal-podrozniczy-nayoutube-nifortunne-historie-z-podrozy

Jest to jedna z historii, którą miałem okazję przeżyć podczas podróży autostopem i jachtostopem z Europy przez Ocean Atlantycki, aż do Meksyku. Ten wpis nieodłącznie powiązany jest z historią dotyczącą tematu: Czy w życiu istnieją przypadki? Nieodłącznie wiąże się z jedną osobą, a dokładnie podróżnikiem o imieniu Koko, która nieco namieszała w moim krótkim życiu – tak pozytywnie. Oaxaca w Meksyku okazała się interesującym miejscem.


Planowanie – a może Oaxaca w Meksyku?

Postanowiłem wrócić do pierwotnego planu i ruszyć prosto do miasta Oaxaca. Droga wiodła przez górzysty teren, okraszony masą zakrętów, zmuszających do ciągłego hamowania i przyśpieszania. Wszystko to kumulowało się, zaś moje samopoczucie i ból brzucha nie pozwalały w pełni rozkoszować się trasą i przepięknymi widokami.

Meksykański dentysta, który siedział za kierownicą, był na tyle wyrozumiały, że zrobiliśmy postój, w czasie którego poszedł zakupić tostadę, coś na kształt naszego naleśnika. Była wykonana z mąki kukurydzianej i miała brązowy kolor. Jej konsystencja przypominała wysuszony placek. Swoją barwę smakołyk zawdzięczał dodaniu zmiażdżonych nasion kakaowca.

Po długich perturbacjach związanych z łapaniem autostopu w górach i małych miasteczkach, gdzie człowiek biały był gatunkiem zagrożonym wymarciem, dotarłem do centrum około godziny dwudziestej pierwszej. Miasto Oaxaca było miejscem, do którego chciałem dotrzeć, gdyż wszyscy naokoło mówili: „Tam warto pojechać”. Pomijając ten argument, był jeszcze jeden, ważniejszy. Swój pobyt tutaj zawdzięczam  Meksykaninowi o imieniu Koko, to dzięki niemu byłem tam, gdzie byłem.


Przypadków nie ma!

Ponad rok wcześniej spotkałem go w Niemczech w Stuttgarcie i na koniec, kiedy się żegnaliśmy, podarował mi swoje autorskie zdjęcie z dedykacją: Twój przyjaciel Koko! Do zobaczenia gdzieś w świecie, a może w Meksyku! Nie mogłem ominąć tego punktu na mapie, a wizja ponownego spotkania z Koko oraz wymiany doświadczeń napawały mnie euforią.

Przeszedłem zatłoczonymi alejkami, bacznie wypatrując miejsca, gdzie mógłbym spędzić spokojnie noc. W ten sposób dotarłem do ścisłego centrum. Moim oczom ukazały się setki namiotów i banerów, które należały do manifestantów.

Wciąż nie miałem wiadomości od Koko, tak samo jak adresu czy numeru telefonu. Zacząłem się kręcić pośród protestujących, co i rusz podpytując przypadkowe osoby o jakieś informacje:

– Skąd tu tyle namiotów, transparentów, zdjęć i tabuny ludzi?

Większość zaczepionych przechodniów odpowiadała podobnie:

– To protest! Manifestacja nauczycieli, rodzin, dzieci, krewnych przeciwko rządowi. Trwa już prawie dwa lata bez przerwy. Cały czas przychodzi ktoś nowy i dostawia swój namiot, chcąc wesprzeć akcję. Ludzie z rządu zabili mnóstwo osób, które brały udział w tym manifeście przeciwko jednej wielkiej korupcji. Nie chcemy pozwolić, by niekompetentni ludzie rządzili naszym krajem.

Nigdy wcześniej nie widziałem ludzi, którzy by protestowali bez przerwy tak długo. Chcąc nie chcąc, lepszego noclegu nie mógłbym sobie znaleźć w przeciągu najbliższej godziny. Postanowiłem postawić swój namiot obok namiotów innych protestujących. Ich miny były nie do podrobienia:

– Biały wspierający protest.

W pewnym momencie zrozumiałem, jak wiele to dla nich znaczy. A fakt, że stawiam tam tylko namiot, żeby się przespać, awansował do rangi bardzo ważnego gestu.

Wszyscy protestujący i pozostali mieszkańcy miasta wspierali się w niewyobrażalny sposób. Można było zapomnieć o kradzieżach i plądrowaniu namiotów, które tam stały. Każdy doceniał poświęcenie ludzi, którzy walczyli o dobro ogółu. Kolejne dwie noce spędziłem w doborowym towarzystwie protestujących, którzy z zaciekawieniem słuchali opowieści o Polsce. Z uwagą zadawałem pytania dotyczące protestu, ale też dopytywałem o miasto i tradycje panujące w tym rejonie.


Jak dorobić w Oaxace?

Pieniądze, jak to pieniądze, szybko topniały. Budżet każdego dnia wyczerpywał się niemal do zera. Nie stanowiło to jednak żadnego problemu, gdyż wiedziałem, że deficyty mogę spokojnie wypełnić, a tym samym zniwelować. Około południa następnego dnia udałem się do centrum pograć na harmonijce.

Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że pomimo iż grałem na tym instrumencie wielokrotnie, moje umiejętności plasowały się na poziomie zerowym. Przekonałem się jednak wielokrotnie, że przysiadając na deptaku i grając muzykę płynącą z serca, daję impuls, który ośmiela ludzi do nawiązania rozmowy. W konsekwencji na jedzenie zbierałem, rozmawiając z ludźmi, a nie olśniewając ich  wątpliwym kunsztem muzycznym na harmonijce.

Nikt nie zrozumie człowieka, który siedzi na ulicy, z kolei niemal każdy przechodzień patrzy na niego z góry pogardliwym wzrokiem. Jest to niebywałe doświadczenie, które pozwala zrozumieć, jak często ludzie kategoryzują innych na podstawie  pozorów. Siedząc tam z rozłożoną małpą, na której była zaznaczona trasa mojej podróży, gwizdałem wniebogłosy. Co jakiś czas ktoś się zatrzymywał z czystej ciekawości, chcąc porozmawiać.

W pewnym momencie na horyzoncie ujrzałem dwóch gości. Jeden starszy, mniej więcej czterdziestoletni, drugi młodszy, nastolatek. Możliwe, że ojciec z synem, którzy mieli przy sobie gitary. Podeszli i zaczęli rozmowę, z której dobitnie wynikało, że kochają muzykę i dorabiają w ten sposób na ulicy. Rozmowa przebiegała jak każda inna, aż do pewnego momentu.

– Co ty ogólnie grasz?

Chwilę się zastanowiłem i szybko połączyłem fakty, a mianowicie uzmysłowiłem sobie, że myślałem w języku polskim i moje melodie były aranżowane przeze mnie na podstawie zasłyszanych polskich przebojów. Dlatego odrzekłem z przekonaniem:

– Polskie piosenki, proszę pana!

Myślałem, że wybrnąłem z sytuacji, kiedy raz jeszcze zostałem poproszony o powtórzenie tego, co grałem. W pewnym momencie poczułem, jak ogarnia mnie konsternacja. Chwyciłem instrument i zacząłem gwizdać to, co przyszło mi do głowy. Demonstracja moich umiejętności została doceniona i usłyszałem słowa uznania. Panowie byli zaintrygowani tym, że Polak z drugiego krańca świata siedzi na chodniku i gra na harmonijce. Odeszli, przedtem serdecznie się żegnając.

Ilość zgromadzonych pieniędzy po trzech godzinach w zupełności wystarczała mi na przeżycie. Postanowiłem zatem ruszyć na zwiedzanie miasta. Zawitałem do punktu informacji turystycznej, by wziąć darmowe mapki, z którymi ruszyłem przed siebie.


Szanuj nowo zdobytą wiedzę o świecie

W centrum, od którego zacząłem swoje odkrywanie miasta, dostrzegłem wycieczkę. Okazało się, że jest to grupa Australijczyków. Zgodnie ze swoją zasadą zapytałem przewodnika, a następnie uczestników, czy mogę podążać za nimi w celu poszerzenia swojej wiedzy o mieście. Bardzo szybko usłyszałem pozytywną odpowiedź.

Dzięki temu miałem zaplanowany cały dzień, gdyż Australijczycy dopiero zaczynali zwiedzanie, zatem wybrałem najlepszy moment na dołączenie do grupy. Przechadzka z turystami, których średnia wieku oscylowała w granicach 65 lat, była nieśpieszna, a zarazem bardzo interesująca. Wszyscy mówili doskonale po angielsku, co sprawiało, że tylko niekiedy miałem problem ze zrozumieniem tego, o czym była mowa.

Ekspresja, z jaką prowadzono rozmowy i komentowano poszczególne atrakcje turystyczne nadawała zwiedzaniu niekontrolowanej dynamiki i tempa. Przechadzki po mieście oraz masa informacji na temat architektury, historii i ciekawych ludzi uświadomiły mi po raz kolejny, jak wiele człowiek traci, jeżeli zwiedza ciekawe miejsca na własną rękę, nie mając o nich kompletnie zielonego pojęcia.

W planie było zawitanie do mercado, czyli lokalnego bazaru, na którym można kupić owoce, warzywa, mięso, jednak nie zabrakło również ubrań i pamiątek. Dzięki lokalnemu przewodnikowi wszędzie, gdzie zawitaliśmy, raczono nas przysmakami, które miały zachęcać do zakupu.

Tym też sposobem dotarliśmy do stoiska, gdzie jakaś kobieta w dużej misce robiła pulke , czyli napój z dodatkiem kakao. Masa w początkowej fazie wydawała się gęsta, jednak w miarę dolewania wody nabierała coraz bardziej płynnej konsystencji. Dynamiczne mieszanie substancji dłonią gwarantowało doskonałe połączenie składników.  Jak powiedział przewodnik, „jest to najlepszy napój na upały”.

Za kolejnym rogiem jakiś mężczyzna sprzedawał narzędzia do obróbki czekolady, kolejna sprzedawczyni handlowała ziołami na różne przypadłości, między innymi na bezpłodność czy potencję. W drzwiach siedziała starsza kobieta sprzedająca koszę, naprzeciwko niej zaś stała niewielka budka, w której siedział starszy człowiek, a przed nim stała maszyna do pisania. Było to dla mnie nadzwyczaj ciekawe. Myślałem na początku, że jest to człowiek, który sprzedaje jakieś bilety. Okazało się, że moje domniemania są mylne. Owa budka to biuro dla osób, które chcą wysłać pismo urzędowe czy list, jednak nie potrafią pisać i czytać. Analfabetyzm jest w Meksyku powszechny, zwłaszcza w mniejszych miastach oraz w górach. Dlatego też niekiedy w przestrzeni publicznej można znaleźć takie miejsca, gdzie za określoną kwotę starszy Meksykanin napisze lub przeczyta potrzebne pismo.


Świerszczowy biznes

Przechadzka po mercado nie przestawała zaskakiwać. Już po wyjściu na zewnątrz wpadliśmy w gąszcz ulicznych sprzedawców, a wśród nich pojawił się mały chłopiec, mający na oko dwanaście lat. Sprzedawał chapulines. Początkowo wydawało mi się, że są to chipsy lub wysuszone papryczki chilli. Jednak po bliższym rozeznaniu okazało się, że są to suszone świerszcze. Reakcje turystów z grupy były zapewne typowe dla białych cudzoziemców:

– Ja tego nie spróbuję! To robale! Nigdy w życiu!

Ja z kolei, niczym koneser z najwykwintniejszej ulicznej restauracji, wyrwałem się przed szereg, oferując swoją osobę jako testera. Nowe doznania, związane z odwiedzanymi miejscami, są dla mnie bezcenne. Dostałem kilka wysuszonych świerszczy o smaku czerwonej papryczki chilli. Z lekką obawą wrzuciłem świerszcze do buzi, po czym zacząłem żuć. Wszyscy patrzyli na mnie, jakbym zjadał swoją wysuszoną rodzoną siostrę. Smak chapulines nie był odstręczający, rzekłbym, że owady nawet mi posmakowały.

W tej osobliwej dla mnie sytuacji dostrzegłem nieco więcej niż możliwość czerpania nowych doznań smakowych. Przede mną stał gość dwa razy młodszy ode mnie, a mający w handlu większe doświadczenie niżeli ja w jakiejkolwiek branży świeżo po obronie dwóch prac magisterskich. Patrzyłem i nie dowierzałem. Na jego przykładzie uświadomiłem sobie, jak bardzo Meksykanie są elastyczni i kreatywni, gdyż zmusza ich do tego sytuacja.

Ciekawość, która nie odstępowała mnie na krok, brała górę nad wszelkimi obawami. Młody człowiek na swoim stoisku miał dwa smaki tych suszonych świerszczy, a mianowicie chilli i limonkę, których ilość przekraczała jakieś dwadzieścia kilogramów, a może i więcej. Co dawało kilka potężnych koszy lekkich świerszczy.

W mojej głowie kotłowało się pytanie za pytaniem. W końcu zapytałem:

– Jak ty je wszystkie zebrałeś? Przecież tu masz jakieś z dwadzieścia kilogramów?

Chłopiec pośpieszył z odpowiedzią, z uśmiechem pomagając sobie gestami dłoni:

– Z bratem rozciągamy płachtę i biegniemy. Świerszcze łapią się praktycznie same. Jak dorwiemy ich trochę, to obijamy je, żeby nie uciekły, a następnie wystawiamy do suszenia na słońce.

Prostota techniki powalała na kolana. A jeszcze żeby tego było mało, do kupienia była również sól z robaków bytujących na agawie, słynnej roślinie, z której robi się tradycyjny meksykański alkohol o nazwie mezcal.


Moje kochane kakao

Kontynuowaliśmy wycieczkę, jednak już nie na lokalnym mercado. Ruszyliśmy w stronę miejsca, gdzie obrabiało się nasiona kakaowca i tworzyło przepyszną czekoladę. Pierwszy raz w życiu dane było mi zobaczyć, jak wygląda owoc kakaowca, który kryje w sobie przepyszne nasiona. Jeden z pracujących tam mężczyzn pokazał nam już dojrzały owoc  – o czym świadczył jego żółtawy kolor. Po przełamaniu ukazała się biała papka  o konsystencji budyniu, która w smaku była delikatnie słodka. Tkwiły w niej  nasiona o różnej wielkości – od pół centymetra do półtora – o gorzkim, cierpkim smaku.

Proces tworzenia czekolady okazał się bardzo prosty. Z dojrzałych owoców kakaowca wydobywa się nasiona, które wysychają na słońcu. Warto wiedzieć, że same nasiona stanowią doskonałe źródło energii i mogą długo wytrzymać podczas transportu. Kiedy już są odpowiednio suche, zostają wrzucone do młynka wraz z dwoma innymi składnikami.

Pamiętam, jak na jednym z targów próbowałem dowiedzieć się, co oznaczają trzy składniki na tabliczce czekolady w języku hiszpańskim: azúcar, cacao, canela. Próbowałem to rozszyfrować poprzez skojarzenia: azúcar cukier, cacao kakao, canela – karmel? Chcąc upewnić się co do poprawności swoich spekulacji, zacząłem pytać:

– Po co komu cukier i karmel! Jak karmel robi się z cukru!

To niekomfortowe poczucie dezorientacji wynikające z braku znajomości języka hiszpańskiego popchnęło mnie ku rozmowie ze sprzedawcą. Wymiana zdań przerodziła się w istne przedstawienie teatralne. Meksykanin próbował wytłumaczyć mi na milion sposobów w języku hiszpańskim, co oznacza tajemnicza canela, jednak wciąż nie mogłem tego zrozumieć. W pewnym momencie ludzie zaczęli okrążać mnie i sprzedawcę, który nie odpuszczał i próbował dalej swoich sił z widocznym już poirytowaniem. Ludzie zatrzymywali się, by posłuchać, dlaczego biały wszczyna burdę.

Mając jasną karnację, człowiek z automatu staje się chodzącą gwiazdą przyciągającą wzrok. Na początku jest to krępujące, później można się jednak do tego przyzwyczaić. Poziom poirytowania sprzedawcy i osób trzecich zaangażowanych w tłumaczenie wzrastał, aż wreszcie sprzedawca nie wytrzymał:

– Czekaj tu! Pójdę po kogoś, kto zna angielski.

Kilka minut później sprzedawca zmierzał w moim kierunku przyśpieszonym krokiem, prowadząc znajomego, który ponoć znał angielski. Nakreśliłem mu spokojnie temat, zaś on cierpliwie mi wyjaśnił:

– Przyjacielu! Canela to cynamon!

Zdziwiłem się, zgromadzeni zaś odetchnęli z ulgą, jakbym właśnie zmienił zdanie co do detonacji bomby.

Tak oto dowiedziałem się, jakie naturalne składniki tworzą czekoladę o nieziemskim smaku, która kosztowała tylko pięć złotych za dwieście gram. Taką kwotę za ten rarytas można uzyskać jedynie na lokalnych targach. Sklepy są niestety nieugięte i oferują o wiele wyższe ceny.

Zwiedzanie było fascynujące na każdym kroku, gdyż non stop odkrywałem różne interesujące rzeczy. W trakcie wycieczki zawitaliśmy do kilku muzeów i kościołów, które biją na głowę pod względem burzliwej historii niejeden europejski zabytek. Grupa emerytów późnym popołudniem doszła do wniosku, że potrzebuje odpoczynku, zatem dochodził koniec wycieczki.

W taki oto sposób rozstaliśmy się,  zaś ja postanowiłem przysiąść na deptaku i pograć jeszcze na harmonijce, gdyż od przewodnika oprowadzającego wycieczkę otrzymałem informację o trzech ciekawych miejscach, które warto zobaczyć w promieniu stu kilometrów od Oaxaca:  Monte Albán, Tule i Hierve el Aqua.


Koko – hard metal

Musiałem zebrać trochę pieniędzy, aby zaopatrzyć się w prowiant i wodę na ich odnalezienie i eksplorację. Przed przejęciem deptaka sprawdziłem wiadomości. Odczytałem, że Koko wrócił już z wyjazdu firmowego i zaprasza mnie do siebie. Otrzymałem adres, z którego wynikało, że mój znajomy mieszka niespełna dwa kilometry od centrum.

Szybkim krokiem udałem się pod podany adres, by się przywitać i zostawić rzeczy. Kiedy dotarłem na miejsce i zobaczyłem Hard Metala, zrozumiałem, że nie ma rzeczy niemożliwych. Poznałem go w niezwykłych okolicznościach w Niemczech, a teraz oto znajdowałem się u niego w domu. Wizyta trwała bardzo krótko, gdyż Koko musiał udać się do rodziny. Ja zaś pozostawiłem niepotrzebne rzeczy i udałem się do najbardziej obleganej przez turystów dzielnicy, chcąc dorobić.

Przysiadłem na chodniku i zacząłem swoje przedstawienie. Co jakiś czas dosiadał się ktoś i rozmawialiśmy. To jakaś rodzinka z małą córeczką, to jakiś student, a później dwie koleżanki. Rotacja trwała, każdy z rozmówców wyróżniał się inną osobowością. W pewnym momencie stanęła przed mną Japonka. Chwila rozmowy wywołała w niej iskrę fascynacji. Po kilkunastu minutach poczęła grzebać w swojej niewielkiej torebce przepasanej przez ramie, by wyciągnąć notes, a może bardziej dziennik. Jak się okazało, była to podróżniczka, która prowadziła dziennik w formie rysunków. Niepewnym głosem zapytała:

– Czy mogę ciebie naszkicować, jak siedzisz i grasz?

Bez wahania, ciekaw efektu, zgodziłem się. Szybkim ruchem dłoni nakreśliła szczupłego Polaka, z flagą kraju osadzoną na plecaku, który dzierżył w swoich dłoniach malutki instrument – harmonijkę.

Kiedy na odchodne wymienialiśmy się kontaktami, podeszła mała dziewczynka z akordeonem, niesamowicie zdziwiona, że biały człowiek również dorabia tak jak ona, grając na ulicy. Nie mogła zrozumieć, jak gringo, czyli w jej przekonaniu ktoś bogaty, może zajmować się takim zajęciem.


Propozycja nie do odrzucenia

W końcu zostałem sam. Nie trwało to długo, może jakieś dziesięć minut.  Deptak nagle się zaludnił. Wesoła grupka studentów otoczyła mnie i mój dorobek, który mieścił się w  sześćdziesięciolitrowym plecaku. Chwilę porozmawialiśmy i moi nowi znajomi – multikulturowa grupa składająca się z Meksykanów, Angielki, Chinki i Ekwadorczyka, zapytali niemal chórem:

– Jakie masz plany na wieczór? Jeżeli masz chęć, dawaj z nami na imprezę!

Chwyciłem swoje klamoty i monety, które uzbierałem. Wtedy kolejny raz z rzędu, chyba po raz setny, doznałem tego niesamowitego uczucia, które było zapowiedzią nowej przygody. Zupełnie znienacka zmieniał się plan dnia, który miał się zakończyć zwykłym posiedzeniem na chodniku.

Dotarliśmy do kwatery głównej, w której miała odbywać się impreza. Miejsce okazało się pracownią studentów architektury. Wszędzie wokół wisiały obrazy i stały rzeźby. W pewnym momencie podeszła do mnie Japonka, wręczając mi słomiany kapelusz z niewielką dziurą. Prezent na przywitanie okazał się czymś niezastąpionym. Tendencja do gubienia nakryć głowy stała się moją udręką. Miałem już na koncie dwa zgubione kapelusze, które stanowiły główny element ochrony przed silnym działaniem promieni słonecznych.

Zakupiliśmy po drodze piwo, jednak pierwszy w ruch poszedł tradycyjny i ceniony meksykański alkohol o nazwie mezcal. Nalano mi jedną trzecią plastikowego kubeczka. Wznieśliśmy toast, ja zaś, nieświadomy smaku i mocy napoju, przechyliłem kubeczek do dna. Nie mając wprawy w spożywaniu wysokoprocentowego alkoholu, po wypiciu myślałem, że lada moment zacznę zionąć ogniem. Popiłem piwem i udało mi się w końcu ugasić żar. Współtowarzysze biesiady obserwowali mnie ze zdziwieniem, bo nikt później nie wypił tego piekielnego trunku na jeden raz. Dopiero po przeczytaniu etykiety zrozumiałem, dlaczego nie powinienem pić go jednym haustem. Tradycyjna meksykańska wódka miała aż 50% alkoholu, intensywny smak i niewyobrażalnie odurzający zapach.

Długa abstynencja oraz rozsądek skłoniły mnie do spożywania najtańszego piwa, które swoim smakiem nie odbiegało wcale od tego europejskiego. Może to dlatego, że nie jestem koneserem mocnych trunków.

Nasza rozmowa oscylowała wokół pytań dotyczących podejścia młodych ludzi, zwłaszcza studentów, do życia.  Rzadko miałem okazję konfrontować punkt widzenia rówieśników z innego kontynentu z moimi doświadczeniami. Jak mogłem się przekonać, aspiracje młodych ludzi są identyczne na każdej szerokości geograficznej. Wszyscy młodzi chcą dążyć do samorealizacji. Niekiedy jednak mają pod górkę ze względu na brak środków czy sytuację społeczno-polityczną, która nie daje zbyt wiele możliwości rozwoju. Dziewczyna z Japonii przygotowała prawdziwe sushi, którego tworzenie bacznie obserwowałem.


Niespodzianka

Wszystko co dobre, szybko się kończy, tak też około trzeciej nad ranem uznałem, że trzeba wracać do mieszkania Koko na nocleg. Kiedy doszedłem do kamienicy, zdałem sobie sprawę, że nie dysponuję kluczem do drzwi. Kilkukrotnie zapukałem, zadzwoniłem, jednak bez skutku.

Na szczęście miałem przy sobie karimatę. Rozłożyłem ją przy drzwiach i położyłem się spać. Było całkiem przyjemnie i ciepło. Zdziwienie Koko, który wychodził do pracy o godzinie siódmej trzydzieści, było co najmniej komiczne. Otworzył drzwi i zszokowany rzucił ze zdziwieniem:

– Tomek, co ty tutaj robisz, człowieku!

 Zjadłem śniadanie, wypiłem herbatę, wziąłem prysznic, przepakowałem plecak i ruszyłem na odkrywanie pierwszego interesującego miejsca z listy miejsc do zobaczenia w okolicy Oaxaca.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

WPISY, KTÓRE MOGĄ CIĘ ZAINTERESOWAĆ